czwartek, 22 stycznia 2026

"Kiedy wchodzą do mnie Pacjenci, widzę w nich wielopokoleniową historię naszej społeczności. Chcę dalej ich leczyć, bo wiem, że mnie potrzebują, mam siłę i energię. I proszę, by włączyli się w walkę o naszą Przychodnię."
Wywiad z doktor Reginą Mikosz
Wywiad z doktor Reginą Mikosz, która od 1974 roku związana jest z przychodnią na os. Złotego Wieku 23. Rozmawiamy o historii, atakach na placówkę i niezrozumiałej postawie nie tylko Spółdzielni Mieszkaniowej Mistrzejowice, której pracami kieruje Agnieszka Stachyra, ale także władz Krakowa.
Pani doktor, jaka jest historia i wartość społeczna tej Przychodni. Jak przez te ponad 50 lat zmieniała się jej rola dla samych mieszkańców osiedla Złotego Wieku, osiedla Tysiąclecia.
Redaktor: I jak Pani się tutaj znalazła?
Dr Regina Mikosz: Miło mi, że ktoś chce tego słuchać. Historia naszej Przychodni zaczęła się w latach 70. XX wieku. Żeby było śmieszniej, to budynek Przychodni sprezentowano dla mieszkańców młodych osiedli – Tysiąclecia, Złotego Wieku, Kombatantów i Bohaterów Września z okazji zbliżającego się rocznicy rewolucji październikowej. W 1972 roku, w listopadzie właśnie ten budynek został przekazany na podstawową opiekę zdrowotną. Takie były czasy.
R: Pierwsze bloki, pierwsi mieszkańcy i pierwsi pacjenci…

„Moja pacjentka dała mi na pamiątkę zdjęcie swojej córeczki Wiktorii”, 1999 rok.
Dr R. M.: Tak, kto pamięta, że nie było tu wtedy jeszcze tramwajów? Dojeżdżaliśmy tutaj autobusami, a pacjentami były przede wszystkim małe dzieci – nazywaliśmy je „poduszkowcami”, bo to wszystko w takich poduszkach – becikach było. Żartowaliśmy, że gdyby nam płacono za kilogram pacjenta, to byśmy poszli w straszne koszty, tyle było tych maluszków, same dzieci.
R: Pani jest tu od początku.
Dr R. M.: Od 1974 roku byłam kierownikiem tej Przychodni. Musiałam od samego początku ogarniać te wszystkie sprawy, trudności; trudności przede wszystkim ludzkie, bo to były przecież straszne czasy PRL-u, gdzie praktycznie rzecz biorąc zawsze się (słusznie) na wszystko narzekało, więc na służbę zdrowia też. Muszę jednak powiedzieć, że Pacjenci zawsze nas szanowali. Leczyliśmy i leczymy wszystkich – dzieci, rodziców, teraz już dziadków. Od dekad patrzę, jak ludzie dorastają na naszych oczach, a wokół rozwijały się osiedla i całe miasto się rozwijało.

Przychodnia numer 8, Osiedle Złotego wieku 23 „Dzień Pracownika Służby Zdrowia”, kwiecień 1975 rok.
R: Przychodnia musiała sporo widzieć, a i sama uczestniczyła w historycznych wydarzeniach…
Dr R. M.: Tak, choćby pamiętny wybuch elektrowni w Czarnobylu w 1986 r. Cała profilaktyka jodowa (płyn „Lugola!”) dla okolicy była przeprowadzona właśnie w naszej Przychodni. To była masowa ochrona zdrowia publicznego, a nasza Przychodnia była jedyną, która wówczas działała w tej okolicy. Pamiętam także, jak zabezpieczaliśmy pielgrzymów w czasie wizyty Ojca Świętego Jana Pawła II w 1979, a potem strajki solidarnościowe, w trakcie których opiekowaliśmy się dziećmi rodziców – gdy ojcowie trwali „na Kombinacie”, a mamy musiały załatwiać sprawy domowe. Tak, od dekad cały czas jesteśmy z ludźmi…
R: Trwało to w najlepsze pomimo zawirowań nie tylko politycznych, ale i reform służby zdrowia.
Dr R. M.: Oczywiście. Trzeba jeszcze przypomnieć, że budynek był przecież sfinansowany z budżetu państwa z założeniem i przyrzeczeniem, że będzie tu właśnie – Przychodnia. Po 1989 r. było różnie, bo tych reform było wiele, ale trwaliśmy we względnej symbiozie ze Spółdzielnią Mieszkaniową. Podnajmowaliśmy lokale, a czynsz płaciliśmy. Jakoś to się układało, a czasami Spółdzielnia nawet nam kupowała jakieś rzeczy, bo przecież bieda w tej służbie zdrowia była od zawsze. Pamiętam, że był nawet taki prezes, który nam kupił aparat do EKG. Byliśmy bardzo szczęśliwi, bo przecież czasy były ciężkie.
R: Aż przekształciliście się w APEX 2000…
Dr R. M.: Tak, to było po reformie z 1999 r., a my już od stycznia 2000 roku zaczęliśmy działać pod obecną nazwą. Mieliśmy wówczas swój fundusz przyznany nam przez NFZ i mogliśmy zabezpieczyć płace, badania, podstawowe remonty i dostosować się do wymagań Sanepidu i to wszystko funkcjonowało – cały czas płaciliśmy czynsz spółdzielni, nigdy nie zalegając. Podobnie z innymi instytucjami, z którymi współpracowaliśmy – ze wszystkimi mamy dobre stosunki. I w tej chwili dostaliśmy cios. Spółdzielnia nam powiedziała, że się nie podobamy. I wypowiedziała nam lokale. Mamy przestać istnieć.

R: Jaka jest przyczyna tego, że nagle po 50 latach się nie podobacie?
Dr R. M.: Ja przyznam się, że to chyba jest moja wina…
R: Dlaczego?
Dr R. M.: Dlatego, że lubię wyzwania. I doszłam do wniosku, Przychodnia ma trwać, więc czas za zmianę pokoleniową. Znalazłam więc osobę, która przejęłaby zarządzanie i sprawiła, że Przychodnia będzie się rozwijała – dla ludzi oczywiście. Zdaję sobie sprawę, że do tego potrzeba przecież specjalnej energii, specjalnych umiejętności, również tych internetowych, komputerowych. No, ja w tym nie jestem biegła.
R: Ale znalazł się ktoś taki…
Dr R. M.: Tak. Chciałam jednak, żeby moim następcą, kolejnym prezesem tej spółki był lekarz, bo jednak Przychodnia to przecież nie tylko budynek. Udało się i to chyba moja „wina”, ponieważ doprowadziłam do tego, że nastąpiła zmiana szefa.
R: Spółdzielni się nie spodobało?
Dr R. M.: Ewidentnie. Ja tego nowego szefa Przychodni poszłam przedstawić pani Prezes spółdzielni – uważałam, że to jest w dobrym tonie, żeby wiedziała, kto przychodzi, że to nie jest jakiś spadochroniarz, tylko osoba wybrana, której zaufałam, że to człowiek, który załatwi dalszy ciąg spraw i problemów naszych pacjentów.

Lata 90-te XX wieku, pracownicy przychodni rejonowej numer 8.
R: Jaka była reakcja władz spółdzielni?
Dr R. M.: Wydarzyło się szaleństwo. Poszliśmy przedstawić się Radzie Nadzorczej i nagle okazało się, że nic im nie pasuje. Ja nie umiem tego zrozumieć – czynsz zapłacony, nie ma długów, a tu nie dość, że źle nas potraktowano, to dostaliśmy wypowiedzenie.
R: Trudno nie odnieść wrażenia, że – proszę wybaczyć – ktoś w spółdzielni po prostu liczył, że wraz z Pani odejściem na emeryturę Przychodnia w końcu sama przestanie istnieć.
Dr R. M.: Wyjął mi pan to z ust. Tak, zapewne według nich nie tak to miało wyglądać, Cóż – ja jak na złość, nie dość, że w formie jestem, to jeszcze kocham tę pracę. Tak, moją pasją jest właśnie praca i ludzie. To co ja zrobię, że postanowiłam pracować do śmierci?
R: A jak obecna sytuacja wpływa na Państwa i na Pacjentów? Przecież dla wielu z tych seniorów, którzy przychodzą, to jest jedyny bliski, bezpłatny punkt medyczny i ta zmiana – nie wiemy jaka – może mocno się na nich odbić. Nikt z nimi tego nie konsultował, nikt nie pytał…
Dr R. M.: Przychodnia i szerzej – służba zdrowia jest apolityczna i nie znosi takiego zamieszania. Nasza praca powinna odbywać się w ciszy, by można było się skoncentrować na ludziach, w końcu chodzi o zdrowie. Tymczasem jest potężna nerwowość, również wśród Pacjentów, których musimy uspokajać, a jednocześnie przekazywać im tę wiadomość, że otrzymaliśmy wypowiedzenie.
R: I co ludzie na to?
Dr R. M.: Nie chcą wierzyć, że coś takiego może mieć miejsce. Część czytała w internecie, że „ma tu być przychodnia, tylko inna” – na tym polega to oszustwo, które się ludziom przedstawia, bo nas chce się stąd wypchnąć. Tymczasem my jesteśmy wielopokoleniową, lokalną Przychodnią dla ludzi, którzy związali z nami całe swoje życie. Przecież kiedy do mnie przychodzi Pacjent, to ja w jego twarzy i karcie widzę całą jego rodzinę i wszystkie troski! Wypowiedzenie to dla nas wszystkich ogromny dyskomfort i bardzo trudna sytuacja.
R: Pani doktor, a jak Pani ocenia w tym kontekście fakt, że w tę sprawę, nienależącą przecież do władz Krakowa włączył się Prezydent Krakowa?
Dr R. M.: Ja przyznam, że w ogóle tego nie rozumiem. Przecież nie można mówić ludziom, którzy protestowali przeciwko zamknięciu Przychodni, że ona będzie działać dalej, by tylko się uspokoili. Teraz ci sami ludzie otwierają szeroko oczy. Nie wiem, co to ma znaczyć. Wygląda na to, że i Pan Prezydent nie zrozumiał, że to jest bardzo nieuczciwe, co chcą z nami zrobić. Może ktoś wprowadził go w błąd?

Przychodnia APEX 2000 w Krakowie osiedle Złotego wieku 23, wrzesień 2025 „Pozdrowienia z Singapuru” od pacjenta wraz z córeczką.
R: To rzeczywiście zaskakujące i niewytłumaczalne. A co chciałaby Pani doktor powiedzieć tym wszystkim, którzy się boją niechcianych zmian? Mieszkańcom – tym starszym, ale także młodszym pokoleniom, które mogą się włączyć w walkę o opiekę zdrowotną dla Osiedla?
Dr R. M.: Żeby przeciwstawili się takiej decyzji Spółdzielni. My wszyscy i ja przede wszystkim chcemy im służyć, mam do tego energię. Zresztą – przecież Pacjenci potrzebują mnie tak samo, jak ja ich, to symbioza, w której żyjemy i chcemy być. I żeby zawalczyli wspólnie z nami, by cofnąć złe decyzje Zarządu Spółdzielni.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
Dziękuję, jak Pan widzi – Pacjenci już czekają (śmiech).






